Długo zastanawiałam się z czym przyjść do Was, żeby wynagrodzić moją kilkutygodniową nieobecność. Wymyślałam, planowałam, kilka podchodów robiłam i dalej nic. Aż w końcu usiadłam po raz kolejny z kubkiem ciepłego mleka z miodem i pomyślałam, że napiszę o tym, co jest dziś, co jest teraz i co czasami wcale nie jest ważne i nie zmieni świata na lepsze. A pisząc to przyznam się jednocześnie do tego, że czasami robię...wielkie nic. Po prostu nic.
Czasami są takie dni, w których dużo myślę. O tym co jest, o tym co będzie. Patrzę na pusty talerzyk po zjedzonym śniadaniu, wyglądam na ogródek - jeszcze jest cień, wieje lekki wiatr i można jeszcze poczuć przyjemny chłód poranka. Mąż w pracy, zakupy zrobione, sprzątanie i obiad przede mną. Lecz bez pośpiechu. Dziś jest ten spokojny dzień. Dzień myślenia, planowania, odczuwania. Co tak naprawdę jest ważne... Też miewasz takie dni?
Długo trzymałam moje poglądy na wodzy. Rzadko oglądam telewizję "na żywo", więc nie mam styczności z aktualnymi reklamami. Ale wystarczy, że w weekend usiądę przed telewizorem, gdy odwiedzam rodziców, i nagle uderza mnie fala reklam. I aż za głowę się chwytam gdy widzę, jak bardzo (nie)wychowawcze mamy te media... o czym mowa?
Zastanawialiście się kiedyś gdzie jest Wasze miejsce? Miejsce, w którym Wasze serce naprawdę odpoczywa, gdzie oddech może się spowolnić, gdzie jakoś łatwiej myśli zebrać? Miejsce, w którym czujecie, że wszystko - choćby pod górkę - idzie w dobrym kierunku?
Pamiętam te wieczory, kiedy to myślałam, rozważałam, zastanawiałam się, rezygnowałam, potem znowu myślałam, aż wreszcie serce zwyciężyło i zaczęłam pisać. I tak piszę sobie po dziś dzień...
Dokładnie kilka dni temu, 28.02., moje małe DOMiOWO obchodziło swoje pierwsze urodziny. Niestety z przyczyn zdrowotno - zawodowych nie świętowaliśmy na czas, ale przecież na świętowanie nigdy nie jest za późno. Dlatego dziś, w tych kilku słowach, chciałabym tak bardzo podziękować Wam za ten czas bycia ze mną. A był to czas niezwykły...
You are worthy of Love, czyli obecne DOMiOWO, wprowdziło mnie do pięknego świata blogowania. Od tej strony kobiecej, domowej, rodzinnej, inspirującej. Wciąż i wciąż trafiam w nowe miejsca, które inspirują mnie do działania i zachwycają pięknem. Cieszę się tym. Ale jeszcze bardziej cieszę się miejscami, które znam już tak dobrze, że czuję się w nich niemal jak u siebie. Miejsca, w których śledzę historię moich "blogowych znajomych", z którmi niejednokrotnie czuję emocjonalną więź, te same poglądy, te same odczucia. To cudowne móc poznawać takich ludzi i czerpać od nich życiową wiedzę. To jedna z najcenniejszych rzeczy, jaka spotkała mnie przez ten rok.
I ogromnie jestem wdzięczna każdemu z Was. Niejednokrotnie zastanawiałam się czy to ma sens. Jest multum blogów, stron internetowych, które publikują podobne treści, nie raz pewnie mądrzejsze niż moje. Zastanawiałam się po co, czy pisać dalej, czy ktoś w ogóle to czyta, czy coś wnoszę w życie drugiego człowieka. I zabawne, że zaraz po takich moich przemyśleniach otrzymywałam nagle komentarz, prywatną wiadomość o tym, że mnie potrzebujecie. Kochani! To jest dla mnie największa nagroda i dzięki temu rosną mi skrzydła. Zaczynam wtedy rozumieć, że jest sens. Że mam swoje grono wirtualnych - i nie tylko - przyjaciół, którzy dzielą ze mną swoje życie, serce. I to jest piękne. I za to Wam dziękuję. Bo gdyby nie wy - nie wiadomo czy byłoby to miejsce, a jeśli tak, to jakie by było. Dziękuję po stokroć!
A wraz z podziękowaniami i zachwytami - przepraszam. Za moją ostatnią niesystematyczność i tak duże opóźnienia w publikacji wpisów, na które niektórzy z Was czekają. Uwierzcie mi - w głowie tysiąc pomysłów. W notatniku kilka rozpoczętych i prawie skończonych wpisów. Niestety życiowe zabieganie i natłok obowiązków nie zawsze pozwala na systematyczność. Uwierzcie jednak, że staram się i mam nadzieję, że cierpliwie będziecie czekać, zaglądać i towarzyszyć mi w tej dalszej blogowej przygodzie.
Ściskam serdecznie !
Mówi się "Święta, Święta i po Świętach". Mój dobry znajomy powiedział kiedyś: "A właśnie, że nie! Żadne "po Świętach". Dlaczego? Święta nie trwają tylko kilka dni. Nie powinny kończyć się ot tak, gdy 26 grudnia dobiegnie końca, a i resztki świątecznych potraw znikną ze stołów. Święta powinny trwać cały czas. W nas - w naszych sercach i w naszych rodzinach."
![]() |
| Źródło: favim |
Czasami ktoś pyta mnie jak to się żyje w tej Warszawie? Czy rzeczywiście ciągłe wyścigi i zawrotne tempo życia gdzie się nie spojrzy? Cóż... ciężko jednomyślnie to określić. Podejrzewam, że tak jest nie tylko w Warszawie, ale i w każdym większym mieście. A zresztą, jak człowiek ma dużo na głowie, to gdzie by nie mieszkał - i tak będzie się spieszył. Nie ma jednak co się łudzić - Warszawa sprzyja bieganinie. I to bardzo. Od dłuższego czasu starałam się jakoś planować i zapisywać w kalendarzu przynajmniej większość spraw, żeby jakoś się odnaleźć w moim życiu. Ostatnio jednak zauważam, że im bardziej się staram, tym bardziej mi to nie idzie, tym mniej mam czasu. I tu nie chodzi o czas na odpoczynek, na lenistwo, na poranną kawę. Chodzi o czas na naukę, uczelnię, pracę, dom, rodzinę. Chodzi o czas na życie.
Hania straciła wszystko. Jej życie zatrzymało się pewnego sierpniowego dnia. Przestała marzyć, a jedyne plany to te, które układa dla swoich uczniów. Kiedy na jej drodze staje Mikołaj, Hania boi się zaangażować, ale on walczy o miłość za nich dwoje. Pomaga mu w tym jej przyjaciółka Dominika, której energia i poczucie humoru rozsadziły niejedno męskie serce. Jest też pani Irenka: prawdziwa skarbnica ciepła i mądrości - po prostu anioł stróż. To w jej nadmorskim domu, gdzie na parapecie dojrzewają pomidory, a kuchnia pachnie szarlotką i sokiem malinowym, Hania odnajduje utracony spokój, odzyskuje wiarę w miłość i daje sobie wreszcie prawo do bycia szczęśliwą.
Uwielbiam czytać. A najbardziej uwielbiam czytać takie książki, które sprawiają, że nie potrafię się od nich oderwać, które pochłaniają mnie całkowicie. W których mogę się tak zatracić i namacalnie odczuwać emocje bohaterów. Książkę, o której dziś mowa podebrałam mamie, bo czekała w kolejce do przeczytania. Nie czytałam wcześniej żadnych jej opisów, recenzji (a to nowość u mnie), więc każdą stronę odkrywałam na nowo i każdego bohatera poznawałam od początku. Wczoraj wieczorem spędziłam kilka godzin opowiadając mojemu mężowi historie bohaterów, a dziś przychodzę do Was z dawką refleksji, pięknych cytatów i opowieści o tym, że nie potrzebujemy alibi dla szczęścia, bo na szczęście zasługuje każdy z nas.
Hania ma 26 lat, poznajemy ją w rok "od dnia, gdy jej dotychczasowe pedantyczne poukładane życie nagle się rozsypało". Spędza właśnie ostatnie chwile swoich wakacji nad morzem, chłonąc błękit wody, ciepło pomarańczowego słońca i ładując siły na powrót do warszawskiego życia i pracy. Powoli otwiera się na świat po tragicznych wydarzeniach, które całkowicie odmieniły jej życie. Mimo swej kruchości i subtelności każdego dnia musi zmagać się z przeszłością, wspomnieniami i w tym całym trudzie boi się dopuścić do siebie myśli, że w jej życiu może jeszcze pojawić się miłość, a w raz z miłością - szczęście, przed którym tak usilnie stara się bronić.
Na szczęście jest Dominika, jej najlepsza przyjaciółka i siostra, która w swej wariackiej naturze walczy o Hankę ze wszystkich sił, wspierając ją we wszystkich trudach ale jednocześnie robiąc to w sposób bardzo stanowczy i - mogłoby się wydawać - surowy. Ustawia Hanię do pionu i usilnie próbuje uświadomić jej zbliżającą się miłość, która może otworzyć nowy, piękny etap jej życia. Z zewnątrz silna, energiczna i bezpośrednia, w środku jednak zraniona i pragnąca miłości - ale tej prawdziwej, na zawsze, a nie tej, która pobędzie chwilę i jeszcze szybciej zniknie. W jej życiu pojawia się jednak Przemek, architekt, w którym Dominika zakochuje się na zabój. Czy to będzie właśnie ta miłość? Ta na zawsze, która nie ucieknie przy pierwszym potknięciu?
Jest wreszcie Mikołaj, który niespodziewanie pojawia się w życiu Hanki. Artur Żmijewski komentując tę książkę pisze: Jeżeli chcecie poznać opowieść o tym, z jaką determinacją mężczyzna może walczyć o miłość kobiety, która nie potrafi się tej miłości poddać, to z pewnością jest to lektura dla Was. I jest to najlepsze określenie postaci Mikołaja. Jest on przykładem mężczyzny, który gdy prawdziwie kocha, potrafi walczyć o kobietę aż do końca, zabiegać o nią delikatnie i z szacunkiem. A nade wszystko potrafi czekać i odgonić strach, który co rusz pojawia się w sercu Hani.
I jest pani Irenka - ostoja ciepła, miłości i spokoju. Mieszka w domku nad morzem, w którym Hania od dziecka spędzała wakacje. Wierzy, że Pan Bóg dla każdego ułożył pewien dobry plan, a my pokornie musimy go przyjąć. Wierzy, że miłość przychodzi niespodziewanie, nie wiadomo skąd i kiedy i stara się tę prawdę włożyć do serca Hani. A jej dom? Pozwólcie, że przytoczę Wam fragment, który szczególnie ujął moje serce, i który doskonale ukaże Wam piękno pani Irenki, jej serca, jej domu:
Na desce do krojenia pojawiła się rumiana bułka, nie jakaś tam nadmuchana warszawska kajzerka, tylko pyzata, puchata i pachnąca prawdziwą piekarnią buła. Pani Irenka, wyjmując ją z siatki na zakupy, zgubiła kilka okruchów, które teraz z ogromną pieczołowitością zbierała z podłogi "przez uszanowanie dla darów nieba". Tu, w domu pani Irenki, wszytko było ważne. Tu nie było spraw małych, drugorzędnych, nieważnych. Okruchy chleba na podłodze, malinowe pomidory nabierające odpowiedniego koloru podczas przymusowego leżakowania na kuchennym parapecie, zeschłe liście mięty zwisające z obu boków olejowanego kredensu... Tu wszystko było ważne, najważniejsze i miało swój sens. (...) Choć był to zwyczajny poranek w zwyczajnym domu, to czuła się nadzwyczajnie. Wiedziała, że dane jest jej przeżywać coś niezwykłego i czarownego. Pani Irenka była królową tego nieziemskiego domu, w którym kiedy człowiek potrzebował ciszy, panowała cisza, a kiedy tęsknił za gwarem, to mógł odnaleźć go nawet w na pozór cichej kuchni."
"Love story, którą czyta się jak kryminał". To prawda, bywały chwile, w których śmiałam się pod nosem, bo tak mnie coś rozbawiło (zapewne Dominika). Innym razem serce przyspieszało mi mocniej, bo wiedziałam, że zaraz coś się stanie, że wreszcie dowiem się czegoś bardzo ważnego. Tak czułam się zawsze, gdy czytałam jakiś dobry kryminał. Jak widać, nie tylko kryminały mogą wzbudzić w nas tak żywe emocje. Innym razem wzruszałam się historią Hanki, bo nie wiedząc - lub może wiedząc - czemu, tak bardzo chciałam jej szczęścia i tak bardzo czekałam, aż wreszcie powie "tak" miłości.
Książka jest niesamowita i biorąc ją do ręki chyba nie spodziewałam się, że pochłonie mnie tak bardzo. Tak... to nie ja pochłaniałam książkę, lecz ona pochłaniała mnie. Ta książka to skarbnica mądrości o życiu, przyjaźni, miłości. Autorka książki, pani Anna Ficner - Ogonowska pisze:
"Ta książka to suma moich największych wzruszeń"A ja, z każdą kolejną stroną czułam, że to również moje wzruszenia. I aż ciężko mi ubrać w słowa wszystkie emocje, które towarzyszą mi po przeczytaniu tej książki. Nie spodziewałam się, że Hania, Dominika, Przemek, Mikołaj i niesamowita Pani Irenka staną się dla mnie tak prawdziwi, jakbym naprawdę zaraz miała spotkać ich na ulicy. Przejeżdżam przez ul. Emilii Plater, niedaleko Pałacu Kultury i myślę sobie, że to gdzieś tutaj wydarzyło się coś ważnego. Stoję w ogromnym korku i myślę, że Mikołaj miał rację mówiąc, że "w tym mieście normalne warunki na drodze się nie zdarzały". Może dlatego to wszystko jest mi tak bliskie bo jestem tylko kilka lat młodsza od Hani. Może dlatego, że żyjąc w Warszawie potrafię odnaleźć się w opisywanych miejscach i - zmęczona korkami i hałasem - chciałabym, jak Hanka, usiąść na piasku, zamknąć oczy i słuchać szumu fal, a potem wejść do domu pani Irenki i wypić gorącą herbatę z cytryną. A może dlatego, że po prostu jestem wrażliwa i szybko się wzruszam? Może...a może wszystkiego po trochę.
"Alibi na szczęście" to pierwsza część tej pięknej historii. Kolejne - "Zgoda na szczęście" i "Krok do szczęścia" na pewno szybko trafią w moje ręce i do mojego serca. A "Szczęście w cichą noc" z pewnością nada pięknej atmosfery zimowym, świątecznym wieczorom, które zbliżają się coraz szybciej.
Kochani... jestem oczarowana. Powieścią, historią, bohaterami, wrażliwością autorki, w której odnalazłam samą siebie. I w tym miejscu z całego serca dziękuję pani Annie, że postanowiła swoje największe wzruszenia przelać na papier, aby móc tymi wzruszeniami dotykać i poruszać swoich czytelników.
Dziękuję!
~~ ~~ ~~ ~~ ~~
~~ ~~ ~~ ~~ ~~
~~ ~~ ~~ ~~ ~~
...
Książka, o której naprawdę długo nie można zapomnieć i ot tak odłożyć na półkę.
Przeczytaj!
Weekend zleciał mi pod hasłem: Rodzina i Miłość. Każde święta są u nas okazją do tego, by się spotkać choćby na chwilę, wymienić chociaż kilka słów. Doceniam to szczególnie mocno, bo odkąd wyjechałam do Warszawy nie mam zbyt wielu okazji do spotkań z bliskimi. Gdy chcę przyjechać na weekend, to w efekcie prawie połowa wolnego schodzi mi na dojazd tam i z powrotem, a nocne podróże - dla oszczędzenia cennego czasu - czasem są coraz mniej bezpieczne.
Jak wspomniałam każde święto jest okazją do tego, by spotkać się choć na kilka chwil. Dzień Wszystkich Świętych, Dzień Zaduszny to czas refleksji nad tym co ważne, nad ludźmi, których nosimy w sercu, nad życiem naszym i naszych bliskich, nad Bogiem, nad... można by wymieniać i wymieniać. Przed laty, gdy byłam młodsza zawsze spotykaliśmy się u babci, przyjeżdżało rodzeństwo mojej mamy, moje kuzynostwo. Teraz również spotykamy się u babci...ale nieco w innych okolicznościach i w innym miejscu. To już nieco trudniejsze. Ale mimo tego trudu - lubię ten czas. Gdy przychodzi chwila zjednoczenia, stajemy obok siebie i po prostu jesteśmy razem.
Ale nie o tym dzisiaj. Na rozmyślania o tym, co ważne, jeszcze przyjdzie czas. Z pewnością nadejdzie u mnie chwila na rozważania i refleksję.
~~ ~~ ~~ ~~ ~~
Dziś przychodzę do Was ze słodkościami!
Któż z nas nie lubi czekolady? Ojj... chyba niewielu takich znam. Ja lubię bardzo. A że otrzymałam niedawno rewelacyjny przepis na muffiny czekoladowe, postanowiłam zaszyć się w kuchni (nie na długo, bo robi się je ekspresowo) i przygotować te pyszności. Jak dla mnie to muffiny czekoladowo - czekoladowe bo z podwójną porcją czekolady. Różne babeczkowe przepisy testowałam, ale ten wygrywa bezapelacyjnie. Są puszyste, miękkie i pysznie czekoladowe. Z pewnością zachwycą niejednego łasucha. Idealne do popołudniowej kawy, herbatki czy ciepłego mleka.
Składniki
~ 1 i 3/4 szklanki mąki
~ 2 łyżeczki proszku do pieczenia
~ 1/2 łyżeczki sody
~ 2 łyżki prawdziwego kakao (np. DecoMorreno)
~ 1 szklanka czekoladowych groszków
(lub pokrojona w drobną kosteczkę tabliczka mlecznej czekolady)
~ 3/4 szklanki cukru pudru
~ 1 szklanka mleka
~ 1 jajko
~ 1/3 szklanki oleju
~ 1 łyżeczka olejku waniliowego do ciast (opcjonalnie)
Po 20 minutach wyciągamy babeczki z piekarnika i....
Voila!
Wyrastają pulchne, okrągłe i naprawdę idealne. Nie jestem jeszcze specem od pieczenia, a do Mistrza Cukiernictwa wiele mi jeszcze brakuje. Ale ten przepis jest dla każdego i nie może się nie udać. Uwierzcie mi!
Były naprawdę pyszne!
Tak pyszne, że...
Ktoś szybko podkradł jedną :)
Smacznego!
P.S. A może Wy znacie jakieś sprawdzone muffinkowe przepisy?
I wszystko mi znowu pomieszało plany. Od wczoraj pracuję nad nowym wpisem na zupełnie inny temat niż ten, który właśnie się pojawia. Często tak mam. Zacznę nad czymś pracować i "trach!" - coś mnie wzruszy, coś mnie zachwyci, coś skłoni do refleksji i automatycznie zmieniam myślenie. I chcę się z Wami tym dzielić...
Zanim przejdziemy dalej, obejrzyj proszę ten film. Dla niektórych to tylko, dla innych to aż 9 minut. Zapewniam Cię jednak, że po tych 9 minutach możesz całkowicie, albo przynajmniej choć trochę inaczej spoglądać na otaczającą Cię rzeczywistość.
Nietrudno mnie wzruszyć. Jestem z tych, co płaczą na filmach, którym szklą się oczy, gdy coś pięknego pojawia się na horyzoncie. I powinnam dostać habilitację z marzycielstwa, wychodzi mi to naprawdę dobrze. Można się domyślić, co zrobiło ze mną tych 9 minut.
Lubię patrzeć na ludzi. Czasem zastanawiam się co myślą, gdzie jadą, skąd wracają. Wzruszam się gdy widzę starszą osobę z zakupami, ze zmęczonym wzrokiem siedzącą w autobusie. Uśmiecham się lekko, gdy ktoś odczytuje sms i...też się uśmiecha. Cieszę się, gdy mijam kogoś na ulicy i słyszę, że śpiewa sobie coś pod nosem (też mi się to zdarza). Lubię widok kolorowych liści na słońcu. Lubię zamykać oczy i tylko słuchać i przenosić się w różnorakie miejsca. Lubię śmiech dzieci, które latem skaczą po miejskich fontannach i piszczą w niebogłosy, bo mimo że woda zimna, to i tak w nią skoczą. Dużo rzeczy lubię. Żałuję, że nie potrafię rysować tak, jak Lila. Tworzyłabym swoje obrazy.
![]() |
| Źródło: www.mydesy.com |
Tworzę je w wyobraźni. I nie chodzi mi o to, by ciągle bujać w obłokach. Niee...trzeba nam żyć tu i teraz, w takiej rzeczywistości, jaką mamy. Ale marzenia są piękne. Zamyślenie jest piękne. Piękne jest wzruszenie. Może nie potrzeba nam wyobraźni i kredek, żeby dodać kolorów do naszego życia? Może nie trzeba wiele, aby przybliżyć się do kogoś, kto jest daleko? Może nie trzeba dużo, by w wazonie pojawił się żywy kwiat, dający tyle uśmiechu? Wszystko zależy od nas. Ode mnie. Od Ciebie. Po części to Ty tworzysz swoje otoczenie i świat, w którym żyjesz. Oczywiście, nie wszystko da się zmienić. Nie wszystko da się przywrócić - tutaj jest już pole dla naszych wspomnień, tęsknot, starych fotografii. Ale może warto zatrzymać się i pomyśleć co teraz mogę zrobić, jakiej sprawie teraz mogę dodać barw, jakie relacje teraz mogę ożywić.
Bo tak myślę sobie, że czasami
trzeba się zamyślić i wzruszyć,
żeby coś zrozumieć.
![]() |
| Źródło: www.mydesy.com |
Ostatnio mam dużo refleksji na temat życia. Nie dziwne, skoro w ostatnim czasie wciąż docierały do mnie informacje o czyjejś poważnej chorobie, o kolejnym wypadku samochodowym, albo o tym, że ktoś wreszcie o swoje życie zaczął walczyć. Co jest z tym naszym życiem...?
Kocham Cię życie, poznawać Cię pragnę
choć barwy ściemniasz, wierzę w światełko, które rozprasza mrok
wierzę w niezmienność nadziei
w światełko na mierzei, co drogę wskaże we mgle, nie zdradzi mnie, nie opuści mnie
a ja się rzucam z nadzieją nową na budzący się dzień
chcę spotkać w tym dniu człowieka, co czuje jak ja
chcę powierzyć mu swój niepokój
chcę w jego wzroku ujrzeć światełko
uparcie i skrycie...kocham Cię, życie
E. Geppert
Nigdy nie wgłębiałam się w tekst tej piosenki. Dopiero teraz tak naprawdę przeczytałam na spokojnie te słowa. Dlaczego akurat te? Dlaczego akurat ta piosenka? Bo mówi o życiu, o tęsknocie, która jest w sercu człowieka...czyli o wszystkim, o czym pragnę dzisiaj napisać. A te słowa będą nas dzisiaj prowadzić.
Była sobie pewna młoda dziewczynka. Rozmawiałyśmy czasem o życiu, a przede wszystkim o tym, jak odnaleźć sens i siłę. Jej sytuacja była bardzo trudna. A ona sama, nie mając wsparcia, nie potrafiła udźwignąć tego, co trudne. Denerwowałam się na nią często. Dla mnie życie jest czymś bardzo cennym, i "jak na złość" (a tak naprawdę było to błogosławieństwem) spotykałam na swojej drodze osoby, które miały ogromny problem, aby swoje życie przyjąć, zaakceptować, pokochać. Często mówiły o tym, że już nie widzą sensu, że mają ochotę z tym wszystkim skończyć... A ja? Tyle na ile umiałam - starałam się pomóc. Ale w duchu niejednokrotnie bardzo się denerwowałam. Tak było też w przypadku tej osoby. Przez dłuższy czas nie miałyśmy później kontaktu. Musiała uporać się z tym, co jej powiedziałam, z tym, co spotyka ją w życiu. Kilka dni temu znów poprosiła mnie o rozmowę.
Byłam przekonana, że znów usłyszę o braku jej woli do życia, o niechęci, o słabości. Byłam przekonana, że znów będzie nerwowo. A tymczasem co usłyszałam? Że zaczęła walczyć, że po ostatniej rozmowie dużo się zmieniło, że poszła do psychologa, że zaczyna układać relacje z ludźmi, że pamięta o tym wszystkim, co trudne, ale że czuje się silniejsza, że zbliża się do Boga. Usłyszałam silny i radosny głos! I wciąż mówiła: "Dziękuję, dziękuję, dziękuję: że mogę na Ciebie liczyć, że mnie wysłuchałaś, że znalazłaś chwilę czasu. Nie miałam się z kim podzielić tym, co się działo przez ostatnie miesiące, a bardzo chciałam. Dziękuję."
Dlaczego Wam o tym wszystkim piszę? Bo uświadomiłam sobie co jest najczęstszym problemem tego, że człowiek nie widzi sensu w swoim życiu. To brak drugiego człowieka. Kogoś kto pobędzie, wysłucha, porozmawia.
![]() |
| Źródło: www.citypictures.org |
Nie opuści mnie. Czasami wystarczy nam świadomość, że ktoś jest obok. Że wysłucha jak trzeba będzie. Że nie odwróci się z impetem na pięcie. Owe światełko na mierzei to dla mnie człowiek. Człowiek, który nie musi wiele robić, tylko słuchać. W rozmowie, o której Wam mówiłam, po usłyszeniu kolejnego 'dziękuję' powiedziałam: Ale przecież ja nic nie zrobiłam, tylko słucham. I właśnie tego trzeba było - wysłuchania. I świadomości, że mogę przyjść, zadzwonić i ktoś będzie miał dla mnie czas.
![]() |
| Źródło: http://www.wallpaperhi.com/ |
Chcę powierzyć mu swój niepokój, w jego wzroku ujrzeć światełko...co drogę wskaże we mgle, nie zdradzi mnie, nie opuści mnie. Potrzebujemy drugiego człowieka, aby pomógł nam odkrywać wartość życia. Abyśmy mogli otworzyć przed nim serce, podzielić się trudnościami, radościami. A gdy się zgubimy potrzebujemy odnaleźć w drugim człowieku światełko, dzięki któremu będzie nam łatwiej o swoje życie zawalczyć. Potrzebujemy przyjaciela, męża/żony, brata/siostry, mamy/taty... człowieka, który będzie.
Naszło mnie na refleksje, ale widzę, jak często nie doceniamy tego, co mamy. Nie doceniamy życia, które jest nam podarowane. Jestem logopedą, a logopeda ma do czynienia z przeróżnymi dziećmi. Także z tymi bardzo chorymi, o zaburzonym funkcjonowaniu. Widzę trudności tych ludzi, ich rodzin. Ale niejednokrotnie widzę szczęśliwe dzieci i szczęśliwych, silnych rodziców, którzy przyjęli dar życia taki, jaki został im dany i starają się wykorzystać je w pełni i cieszyć się sobą na ile to możliwe. Widzę jednak ile rodzin nie ma dla siebie czasu, bo żyje tylko pracą, jednocześnie słysząc, że matka dwójki dzieci, która poświęciła im wszystko, co miała, jest niemalże nieuleczalnie chora.
Mijają się wartości, świat pędzi i nie ma czasu się zatrzymać, a nasze życie to ciągła bieganina.
Może czas się zatrzymać? Czas pomyśleć i przewartościować swoje życie?
Podziękować komuś, kto jest przy nas i chce nas wysłuchać?
Czas, aby być dla kogoś oparciem?
Zostawiam Cię z tą refleksją...o życiu, o człowieku, o tym co ważne i co warto walczyć.
Moja babcia robiła rewelacyjną herbatę. Kiedyś z kuzynem stwierdziliśmy, że tylko u babci herbata smakowała właśnie tak. Jak? No... po prostu tak. Podawana w wysokich szklankach i pomarańczowych osłonkach. Teraz najlepszą herbatę pod słońcem robi moja mama. Naprawdę, niezastąpiona i nie do podrobienia! A moje herbata? Też niczego sobie, ostatnio nawet wychodzi mi całkiem dobra i smakuje coraz lepiej. Żeby jednak nie robić herbacianej konkurencji przygotowałam kawę. A może mleko z kawą? Cóż, wstęp nijak ma się do tematu. Bo mamy pisać o dobrociach. Chociaż - zaraz zaraz! Herbata babci i mamy to dobroć przeogromna!
No dobrze... zacznijmy wreszcie.





























